Skamieniały brąz

- Czasu coraz mniej, a ty mi słabniesz.
- Wiem ale dam radę. I nie jestem z tym sama.
- Wiem, ty zawsze mówisz, że dasz radę. I fakt, nie jesteś sama. A nawet, gdybyś była, to już nie jesteś, prawda?
- Prawda…  Srebrny Rewersie.

Praca przechodzi w kolejną pracę i kolejną. Kilka godzin snu. Nie zasypiamy już spokojnie i nie wstajemy o czasie. Kumulacja milionów spraw. Wyznaczona data i godzina. Cel. A potem zasłużony odpoczynek.
Życia nie da się zaplanować. Los zrobi, co będzie chciał, nie zważając na nasz plan.
Praca przechodzi w kolejną pracę i kolejną. Pomiędzy kolejna chusteczka i kolejna. Świat podgrzany do temperatury zapalenia. Posiłki doprawione chemią. Wirówka życia codzienno-niecodziennego.

- Zakwitł bez i zrobiło się zielono. Zawsze uwielbiałaś wiosnę.
- Uwielbiam niezmiennie. Skierowałeś mój wzrok na kaskady nowych liści na krzewach i drzewach, a przez otwarte okno wpuściłeś zapach bzu. Coroczny zastrzyk energii zamieniony na dawkę kilku uśmiechów. Cennych.
- A pamiętasz?
- Pamiętam…

Jeszcze miękką szmatką…
Ostatnie dwa dni.
A dzisiaj… Para. Wygładza szatę. Biała. Niewinna.

- Znam tę minę.
- Wiem. Myślę o aniołach. Miałam myśleć. Zwłaszcza o jednym.

Odrywa mnie kilka telefonów. Dopinane kolejne guziki. Damy radę. A potem już tylko uśmiech i spokój. Tak wyczekiwany.
Kolejny polifoniczny dźwięk. Na niewidocznych drutach łzy jak rosa. Wturlały się po prostu niemożliwym wieczorem. Ciężkie. Opadły twardo na szatę. Kleksy bólu. Nie do rozprasowania.
Miękką chusteczką…
Krople z brązu.

- Słyszysz tę rozmowę?
- Tak. Ale nikt inny jej nie słyszy.
- Nieważne. Ważne, że ty słyszysz.
- Jak kiedyś…

W nocy budzi nas trzeszczenie podłogi. Charakterystyczne. Zawsze takie jak ktoś przechodzi. A przecież leżymy. I jesteśmy same. I nie tylko ja to słyszę. Zasypiam spokojnie. Bo wiem. A rano wiem więcej…

Ostatni dzień przed. Przeorganizowanie. Skupienie. Teraz to. A potem… to potem.
Bliskie twarze. Uśmiech rozciągnął ściany do poprzednich wymiarów.. Wspólne zwycięstwa. Wspólne straty. Kumulacja rozbita.
Długi stół połączył dzień z nocą. Świece. Dwie. Krzeseł za mało…

- Śpij. Po prostu śpij. Złap choć z 3 godzinki. I potem wszystko, co możesz.
- Czekałam na ten dzień. Czekałam z pewnych powodów, by przyszedł, z pewnych, by odszedł.
- Wiem. Nic nie tłumacz.
- Wszystko dzieje się jakby obok…
- Wiem. Za długo jesteś zmęczona. Śpij…

Pamiętam Twój śmiech. A głównie – Twój głos. Ciszę i brzmienie Twego głosu, wzmocnionego mikrofonem. Pięknie brzmiał. Dla mnie – przepięknie. Otulił mnie. Ukołysał.
- Twoja Miłość. Twoja Duma.
- Tak, Moje Spełnione Marzenie.
- Aniele Stróżu Mój…
- Ty zawsze przy Niej stój.

Z pokoju do pokoju. Podróż w czasie. Podróż w samej sobie. Podróż, choć ledwo ciągnę już nogi…
Rozstania. Spotkania. Pożegnania.
Jedni wrócą… Inni już nie…
Jedni zrozumieją… Inni nigdy…

Droga mechaniczna. Droga niezaplanowana. Ale trwa. Życia nie da się zaplanować. Los zrobi, co będzie chciał, nie zważając na nasz plan.
I nagły cios. Kolejny cios. Strach. Na wskroś. Zawrócić. Dojechać z powrotem jak najszybciej.
Dotkliwe chwile bezradności…
małości wobec tej machiny świata…
ogrom uczuć… ponad wszystko.
Uczucia – tym człowiek, choć często mały, zawsze przebije wszystko.

- Nie masz chwili wytchnienia.
- Taki czas, widzisz przecież.
- Ale czujesz ten wiatr?
- Niezmiennie…

Te same drogowskazy, co wczoraj. Dzisiaj już inne. Choć te same.
Odległe miejsce. A tak bliskie. Ludzie ci sami. A inni.
Wszystko ma nadany rytm. A ja, jak zwykle, gubię kroki.
Stoję nieporadnie przed wejściem.  Wewnątrz chłód. Tu bije słońce. Słyszę śpiew ptaków i pieśń. Czuję zapach kwiatów i świec. Ludzie. Stoją, siedzą, dochodzą. Mówią, milczą. Widzę kształt twojej głowy. Powietrze wiruje. Chmury opadły niżej. W jasnobrązowe pudełko spakowany świat. Otoczony wieńcem. Jeszcze jesteś. A już cię nie ma. To ten ostatni raz. Tutaj.

- Zrób coś. Usiądź. Wejdź.
- Nie mogę.
- Zapłacz wreszcie.
- Nie mogę.
- A mama?
- Dobrze. Wchodzę.

Próżnia.

Puste opakowania po chusteczkach. Dla innych.
W moich – skamieniały brąz.

- Gdzie jesteś?
- Zapodziałam się ale cieszę się, że ty wróciłeś.
- Cieszę się, że mi pozwoliłaś.
- To nie tylko moja zasługa…

Każdy dzień jest kawałkiem historii… nikt nie jest w stanie opowiedzieć jej do końca.

 

Luna

…proszę Państwa…

Piję do księżyca… Zadymiony obraz… Kółek nie robię. Bo ja, proszę Państwa, nie umiem. I umiem przyznać, że nie umiem.

Piję do księżyca… choć nie powinnam… wielu rzeczy nie powinnam… Według Państwa, zwłaszcza nie powinnam… lub szczególnie powinnam… akurat przede wszystkim ja!…

Piję do księżyca… Kwestia perspektywy wszystko zmienia… Prawie pełnia i dwie chmury… i dym otacza cały obraz. A tam wysoko… Przejrzystość powietrza… i pełniejsza pełnia… I… inny oddech… Dusza ulatuje tam co dzień…

Piję do księżyca… rozjechana konstelacja… bo dla mnie, proszę Państwa, światło to nie po prostu światło… nie obojętne mi jego rodzaje… dostrzegam te odbite rykoszetem… jak również wyjątkowy blask… i choć czasem, niżej, przemilczę, czy przymknę oko… tam wysoko… widać wyraźnie… i tam się dusza rwie…  i tam chcę kiedyś pozostać…

Piję do księżyca… bo to, proszę Państwa, nawet w towarzystwie, zawsze niezawodne towarzystwo…
I jest… nawet jak nie widać… i będzie…

A Państwu, proszę Państwa, mówię już tylko „salud”…

Luna

Pokonam Ciebie… w lustrze widzianą…

Zmiany…
Zmiany są nieodłącznym procesem naszego życia. Zmieniają się pory roku… Zmienia się też klimat… Nawet jeśli bardzo kochamy lato…, nie da się zatrzymać, przez cały rok… widoku barwnych drzew… liście i tak opadną… Takie jest prawo przyrody…
No właśnie… Czasami nie zdajemy sobie sprawy z tego, w czym tkwimy… Co zawładnęło naszym rozumem…, umysłem… Czasami nawet nie wiemy, że przybraliśmy maskę…, w której sami się dusimy…, która destrukcyjnie wpływa na to, co w nas najpiękniejsze….
Zmiany….
Jeszcze jakiś czas temu… Patrzyłam w lustro i poza obrazem swoim rzeczywistym…, tak bezczelnie wprost w myślach głosiłam swoje racje… Dziś patrzę w lustro i uwierzyć nie mogę, że ta wcześniej to też byłam ja…
Zmiany…
Zastanawiam się jak nisko można upaść, by zatrzymać się… Dostrzec… Powiedzieć głośno… Nazwać…
Nie… Nigdy celowo, ale jednak…
Sobą… Przez siebie… Patrząc na siebie… Karmiąc się szczęściem… Dopuściłam do tego… Spowodowałam… Odebrałam komuś siebie…
Zmiany…
Nigdy nie sądziłam, że natłok różnych sytuacji, zdarzeń…, nowych ludzi w otoczeniu…, w krótkim czasie…, może tak wywrócić życie do góry nogami… Może tak otworzyć oczy… Może prześwietlić rzekome prawdy i rzekome wartości…
Zmiany…
Zazdrość… Bez niej nie ma związku… W końcu walczymy o naszą miłość… Bezcenną miłość…
Osaczenie… Zaborczość… Pozbawienie wolności… Wyrzuty… Jazdy… Wypominanie… Odebranie komuś siebie… To nie zazdrość…
Zmiany…
Podobno każdy z nas ma w sobie niezwykły guzik… Pewna tajemnicza osoba…, zjawiła się na chwilę… oczarowała teorią guzika…
Czasami… By nie zapędzić siebie w ślepą uliczkę… Wystarczy go tak po prostu wyłączyć… Nie wnikać, gdy nie ma w co… Nie rozkładać, gdy nie ma czego… Nie rozmyślać, gdy nie ma o czym… Nie przejmować się, gdy nie ma czym…
Zmiany…
Uświadomienie sobie swojej małości… Błędów… Pogubienia… Nazwanie tego, co nie zostało nazwane, nawet jeśli to nic dobrego… To nie wstyd… Porażka czy jakkolwiek inaczej by tego nie nazwać… To koło ratunkowe…
Zmiany…
Miłość pełna jest kompromisów… Aż w pewnym momencie żadnego… Jednego nie… By ocalić…
Zmiany…
Czasami teoretyczny brak wyboru, staje się wyborem. Bez wątpienia.
Zmiany…
Nawet jeśli wszyscy wokół zwątpili… Ja… Wierzę w siebie…

Ktoś.

A gdyby tak… A gdyby nie…

A gdyby tak…

Kilometry… Uśmiech mamy od miesięcy pod powiekami zapamiętany… Lasy Twoje oddalone hektarami równin… Głos górali śpiewa echem w pamięci…
Miasto zakurzone… Zapalenie spojówek na dzień dobry… Piętra schodów do dużych drzwi małego miejsca…  Brak odpływu… ciemne ściany… rozsypane łopatą węgielki… Oczy…wielkie… Zbyt wielkie… Za bardzo zaciśnięte ramiona ! Za dużo czerwieni ! Twoje małe serce skulone między ścianą a podłogą… Obwinione…
Kilometry… Uśmiech dziecka od miesięcy pod powiekami zapamiętany… Dla Twojego spokoju… Wieś przy lesie… Krzyk na dzień dobry… Kilka schodków do małych drzwi dużego miejsca… Odpływy… ściany uparcie jasno wymalowane… Kilka par oczu… szeroko zamkniętych…
W centrum miasta… Mały kąt… Kilka biurek… niemi świadkowie samotności w tłumie… Jaskrawe światło… Latarnia powszednich wieczorów…
Wielkie serce… samotne… zagubione… udające, że nie…
Małe serce… nie samotne… zagubione… już nie udające, że nie…
Przepaść… ciągle o krok…

A gdyby nie…

Może Twój uśmiech w blasku księżyca w pomarańczowej piżamie…
Z innym małym serduszkiem…

Luna

Szczęściara z konewką

Czasami mamy wrażenie, że ludzie się zmieniają…
A tak naprawdę, po prostu lepiej ich poznajemy…

Żyje dotąd pielęgnując dwa światy… Jeden buforem dla drugiego… i odwrotnie. Jeden tarczą przed drugim… i odwrotnie. Jeden widoczny dla wszystkich, którzy akurat zadrą głowę ku… Drugi – dla wybranych… Niewielu tam dotrze. Nawet jeżeli nazwie się astronautą. Nawet jeżeli nim jest. Ale tu… inny fragment kosmosu… mój!

A w nim… Ci, którzy chcą być ALE jednocześnie są Wybrańcami :)
Ktoś…Moja Miłość… Kruszynka…Moje dziecko… Rodzina…nie wszyscy, mimo że na papierze… Wybrani…nawet Ci bez papierka… I Przyjaciele Lasu… garstka… wystarczy – i tak świat już zbyt pełen ;)

Rumieńce lata pobladły.
Liść złoty z wiatrem mknie.
I klonom ręce opadły,
I mnie…

A jednocześnie śmiać się chce…!

Nieświadoma niczego…znieruchomiała w zamyśleniu…zapomniała…, a może chciała zapomnieć…, że pierwszy świat rządzi się swoimi prawami… pełen schematów, pominięcia, generalizowania, niesprawiedliwości, braku zatrzymania i zastanowienia…
Ale są w nim też prawa natury, które w końcu dojdą do głosu, jak prawda… i…nastała burza!
I…róbta co chceta :)

Szczęściara z konewką! Postoi dalej…

I się pouśmiecha…i niech reszta świata zastanawia się dlaczego…

Tylko z drugiego świata odbija się echo……
Niektórzy zawsze będą ładniejsi…
Niektórzy zawsze będą mądrzejsi…
Niektórzy zawsze będą młodsi…
Ale nie będą… MNĄ !

Luna

 

 

…myślę o…….

…Jestem autystykiem… zawsze byłam…
Niewielu jest ludzi na świecie, którzy to rozumieją… Niewielu się z tym oswaja… Niewielu znosi…
Jestem pełna skrajności… Przede wszystkim autystyczna gaduła… z silną potrzebą czucia przynależności i taką samą potrzebą wolności… Duszę się, gdy nie ma powietrza… Gubię się, gdy jest za duży wiatr… Otwieram się… i zamykam…
Żyję w dwóch światach…..

Bardzo często… Czuję nie dotykając… Przeczuwam nie wiedząc… Wiem nie widząc….
Rozmawiam nie mówiąc….
Już tak późno… myślę o……. Zapada noc…. myślę o……. wracam do domu…. myślę o……. Przepraszam…. jestem taka zmęczona…. myślę o…….
Nie wiem……… Ale wiem dobrze……..
I w uczuciach… I w oddechu… I w wyobrażeniach… I w życiu…

Przepełnił się autystyczny świat… Zakwitł… pachnie…
Na zewnątrz piękne kwiaty poukładane w doniczkach…

Pomiędzy ja… z konewką…
Nieruchoma….
Autystyczna…


W gwiazdy stoję wpatrzona,

W gwiazdach szukam ratunku,
A cóż gwiazdy mogą?
Dodać blasku do trunku?…

 

Luna

 

Perseidy

… kolejność przypadkowa …

Pierwsza - za zdrowie, dla nas, dla innych…i nie tylko to fizyczne, cichaczem wydzierane… ale też psychiczne, bo czasy takie, że upaść nie trudno…
Druga – za magię… Niedowiedziona…Powszechnie nie dostrzegana… Niech robi swoje i otwiera choć niektóre oczy… I niech przy otwartych…trwa…bez końca!
Trzecia – za miłość, przyjaźń, brak samotności…
Czwarta – za pozytywne uczucia, gesty i czyny… By „świat” zmienił kurs na lepsze…
A czasem po prostu pozwolił żyć…
Piąta – za księżyc… moją latarnię życia…
Szósta – za szczęście… Niech każdy dzień będzie taki, że czasem wstyd go opowiedzieć ;) , a cudownie będzie powspominać…
Siódma – za wszystko, co najlepsze dla nas, naszej rodziny, przyjaciół…
Ósma – za dobre, kolorowe życie naszej Brykającej…
Dziewiąta – hmm… dziewiąta :) … za NAS … za naszą Pełnię… za wszystko, co dla nas w tym słowie…
Dziesiąta – za pewne dwie Kobiety…
Jedenasta – by każdej osobie z dobrymi intencjami, która się tu pojawi w dowolnym czasie, spełniło się wypowiedziane przez nią marzenie…

Dzisiaj  Noc Spełniania Marzeń…
Noc Spadających Gwiazd…
Ma ich spaść mnóstwo…więc bądźcie zachłanni :)

Marzenia się spełniają… Nawet te, do których droga jest bardzo długa…

I choćbyś ziemskiej drogi miał już dosyć, iść musisz dalej.
By w mroku niepewnym samotna gwiazda, tobie przypisana, miała oparcie.
Drogowskaz spadania.

Luna

 

336 godzin…

Kolejny Piątek…
Ale jakiż on wyjątkowo…, absolutnie… i czarująco… Piątkowy…
Zaplanowany…, wolny od pracy…
Nasz Piątek.. z perspektywą kolejnych dwóch Piątków w błogim spełnianiu…
Z obietnicą następnych 336 godzin…
Szaleństwa…, zniewolenia…, błogostanu…, wibracji…, surrealizmu…, bezmiaru…, namiętności…, niepohamowania…, grzeszności…, tajemniczości… i zabawy…
W towarzystwie Przyjaciół Lasu… pozytywnie zakręconych… i nieprzeciętnych…
Jedna walizka spakowana… Pestka zawsze jest gotowa. A reszta, cóż… Spontanicznym przypadkiem pozostanie… ;)
I heja… Przed siebie… Horyzontalnym bezmiarem… :)

Luna i Ktoś

P.S. Do usłyszenia… zobaczenia… :)